Dlaczego boimy się cieszyć, kiedy wszystko układa się dobrze?
Firma dobrze działa, w domu jest spokojnie, bliscy są zdrowi, na koncie nie dzieje się żadna katastrofa. Powinniśmy czuć ulgę i cieszyć się tym, co mamy. Zamiast tego w głowie pojawia się myśl: „Jest za dobrze. Zaraz coś się zepsuje”.
Brené Brown w książce „Dary niedoskonałości” pisze o lęku, który potrafi pojawić się właśnie w chwilach radości. Paradoksalnie to, czego tak bardzo pragniemy, czyli spokój, szczęście, bliskość i poczucie bezpieczeństwa, może uruchamiać w nas niepokój. Kiedy pozwalamy sobie naprawdę cieszyć się życiem, jednocześnie uświadamiamy sobie, jak wiele mamy do stracenia.
Kiedy radość zaczyna budzić podejrzliwość
Wyobraź sobie zwyczajny dobry dzień. Dostajesz wiadomość od zadowolonego klienta. Kończysz projekt, nad którym długo pracowałaś. Wieczorem siadasz z bliską osobą, rozmawiacie, śmiejecie się i przez chwilę masz poczucie, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być.
I właśnie wtedy pojawia się myśl: „Coś nie tak, zaraz coś się stanie”.
Innym razem patrzysz na swoje dziecko i czujesz ogromną miłość, ale zamiast zatrzymać się przy tym uczuciu, zaczynasz wyobrażać sobie, że mogłoby mu się coś stać. Osiągasz ważny zawodowy cel, ale zanim zdążysz się nim nacieszyć, zastanawiasz się, jak długo potrwa dobra passa. Poznajesz kogoś, z kim czujesz się naprawdę dobrze, a po kilku tygodniach zaczynasz szukać pierwszych sygnałów świadczących o tym, że ta relacja prawdopodobnie i tak się rozpadnie.
W ten sposób radość szybko zmienia się w czujność.
Dlaczego szczęście może wywoływać lęk?
Radość wiąże się z pewnym rodzajem bezbronności. Jeżeli coś nie ma dla nas większego znaczenia, jego utrata również nie wydaje się szczególnie bolesna. Problem zaczyna się wtedy, kiedy naprawdę nam zależy. Im bardziej kochamy, tym wyraźniej widzimy możliwość straty. Im więcej osiągnęliśmy, tym łatwiej wyobrazić sobie, że możemy to utracić. Im spokojniejsze staje się nasze życie, tym bardziej dotkliwa wydaje się perspektywa, że ten spokój może kiedyś zostać zakłócony.
Dlatego niektórzy z nas próbują przygotować się na potencjalne cierpienie, zanim cokolwiek złego rzeczywiście się wydarzy. Zaczynamy przewidywać problemy, analizować zagrożenia i tworzyć czarne scenariusze. Wydaje nam się, że dzięki temu ewentualne rozczarowanie będzie mniej bolesne.
Tyle że martwienie się na zapas nie sprawia, że przyszła strata będzie łatwiejsza. Może za to odebrać nam znaczną część radości z tego, co mamy dzisiaj.
„Nie będę się za bardzo cieszyć, żeby nie zapeszyć”
To przekonanie pojawia się w wielu niewinnych zdaniach. „Jeszcze nie ma się z czego cieszyć”. „Poczekajmy, zobaczymy, co będzie”. „Nie chcę zapeszać”. „Za dobrze idzie”. „Wolę się nie nastawiać”.
Ostrożność sama w sobie nie jest oczywiście problemem. Nie każda dobra wiadomość oznacza, że możemy przestać myśleć o konsekwencjach swoich decyzji. Problem pojawia się wtedy, kiedy ostrożność staje się sposobem na unikanie pozytywnych emocji.
Możemy dostać świetną propozycję zawodową i natychmiast zacząć szukać powodów, dla których prawdopodobnie się nie uda. Możemy osiągnąć najlepszy wynik finansowy w historii firmy i zamiast świętować, przez cały wieczór zastanawiać się, czy następny miesiąc nie będzie gorszy. Możemy usłyszeć komplement i od razu go umniejszyć. Możemy spełnić marzenie, a kilka minut później rozpocząć tworzenie kolejnej listy rzeczy, których jeszcze nam brakuje.
W efekcie jesteśmy fizycznie obecni w dobrym momencie, ale emocjonalnie już znajdujemy się w przyszłości, próbując przygotować się na katastrofę, która być może nigdy nie nadejdzie.
Czy zamartwianie się naprawdę nas chroni?
Przewidywanie najgorszego daje pozorne poczucie kontroli. Jeżeli wcześniej wyobrazimy sobie wszystkie możliwe scenariusze, możemy mieć wrażenie, że żaden z nich nas nie zaskoczy. W praktyce trudno jednak emocjonalnie przygotować się na każde nieszczęście. Nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed bólem poprzez wcześniejsze przeżywanie go we własnej głowie. Jeżeli wydarzy się coś trudnego, będziemy musieli poradzić sobie z tym wtedy, kiedy rzeczywiście nastąpi. Jeśli natomiast nic złego się nie wydarzy, zapłacimy za hipotetyczną katastrofę zupełnie realną cenę: straconym spokojem. Można spędzić lata, martwiąc się o utratę tego, co kochamy, i w ten sposób częściowo stracić możliwość cieszenia się tym już teraz.
Radość wymaga odwagi
Łatwo myśleć o radości jak o przyjemnej emocji, która po prostu pojawia się wtedy, kiedy w życiu dzieje się coś dobrego. Z perspektywy opisywanej przez Brené Brown sprawa jest bardziej skomplikowana. Przyjęcie radości oznacza zgodę na to, że nie mamy pełnej kontroli nad przyszłością. Mogę cieszyć się swoim związkiem, chociaż nie dostanę gwarancji, że nigdy nie wydarzy się w nim nic trudnego. Mogę być dumna ze swojej firmy, nawet jeśli nie wiem, jak będzie wyglądał kolejny rok. Mogę cieszyć się zdrowiem, choć nie mam pewności, że zawsze będę zdrowa. Mogę kochać ludzi, wiedząc, że właśnie dlatego mogę kiedyś za nimi tęsknić. To nie naiwność. To zgoda na życie bez gwarancji.
Nie odkładaj radości na moment, kiedy wszystko będzie pewne
Możemy czekać z radością do momentu, w którym będziemy mieli absolutną pewność, że nic złego się nie wydarzy. Problem polega na tym, że taki moment prawdopodobnie nigdy nie nadejdzie.Zawsze będzie coś, czego nie wiemy. Firma może stracić klienta. Relacja może się zmienić. Plany mogą się nie udać. Dobra sytuacja finansowa może się pogorszyć. Ludzie mogą nas rozczarować. My sami możemy podjąć złą decyzję. Jeżeli możliwość cieszenia się uzależnimy od całkowitego bezpieczeństwa, będziemy nieustannie przesuwać szczęście na później. Najpierw trzeba zdobyć klienta. Potem utrzymać go przez kilka miesięcy. Następnie zarobić więcej. Później odłożyć odpowiednią kwotę. Jeszcze tylko skończyć projekt, kupić mieszkanie, schudnąć, pojechać na wakacje, rozwiązać kolejny problem.
I tak można dojść do miejsca, w którym wiele dobrych rzeczy już się wydarzyło, ale żadnej z nich właściwie nie zdążyliśmy przeżyć.
A jeśli naprawdę wydarzy się coś złego?
To być może najtrudniejsze pytanie. Przecież obawy nie zawsze są bezpodstawne. Dobre okresy rzeczywiście się kończą. Ludzie chorują. Firmy upadają. Relacje się rozpadają. Plany zawodzą. Życie nie daje nikomu gwarancji szczęśliwego zakończenia każdego rozdziału. Ale wcześniejsze odmawianie sobie radości nie zmniejsza prawdopodobieństwa tych wydarzeń. Jeżeli przez pięć lat będziemy bali się utraty czegoś ważnego, a w szóstym roku rzeczywiście to stracimy, wcześniejszy lęk nie zwróci nam tych pięciu lat. Przeciwnie, może sprawić, że część tego czasu spędzimy nie na przeżywaniu czegoś dobrego, ale na wyobrażaniu sobie jego końca.
Nie musimy więc wybierać pomiędzy rozsądkiem a radością. Możemy wiedzieć, że życie jest nieprzewidywalne, i jednocześnie pozwalać sobie cieszyć się tym, co mamy.
Może nie jest „za dobrze”. Może po prostu jest dobrze
Kiedy następnym razem w spokojnym momencie pojawi się znajome „zaraz coś się wydarzy”, warto je zauważyć. Nie trzeba z nim walczyć ani przekonywać siebie, że od tej chwili wszystko już zawsze będzie idealnie. Wystarczy wrócić do tego, co rzeczywiście dzieje się teraz.
Teraz jest dobrze.
Nie wiadomo, co wydarzy się za miesiąc, rok czy pięć lat. Ale dzisiejszej radości nie trzeba odkładać do czasu, aż przyszłość zostanie sprawdzona i zatwierdzona. Być może jednym z największych przejawów odwagi nie jest przygotowanie się na najgorsze. Jest nim pozwolenie sobie na pełne przeżycie tego, co dobre, bez żądania od życia gwarancji, że będzie trwało wiecznie.
